czwartek, 30 maja 2013

Powrót, czy odwrót?

Niemal zapomniałem, że mam bloga. Nie mam czasu i weny zbyt często tu zaglądać, ale z niektórymi to chyba jedyny sposób komunikacji, a że czytelników mam niewiele to nie ma presji coby pisać.

Czas mija mi na rozwijaniu wszystkiego, czego się akurat czepię.
 Gotuję, coraz częściej i coraz dziwniej.
 Rekonstruuję, dość intensywnie i zajmuje się masą wiązanych z trym rzeczy. Ostatnio uruchomiłem dziadkowe geny i uszyłem buty. ot XV wieczne ciżmy chołoty, ale zawsze to jakiś zaczątek jest. W szyciu szlacheckich czapek doszedłem już do pewnej wprawy. Zajmę się teraz nadzorowaniem prac nad produkcją muszkietów.
 Dużo czasu spędzam na treningu, sporo tam jest potu i wysiłku, ale chyba jestem coraz lepszy, progres jest zachowany.
Jestem zdrów, ale czasem narzekam na ból w kolanie i łokciu.
 Uczę się, sporo, zwłaszcza, że na dniach zaczynam drugą w swoim życiu sesję.
 Szukamy nowego lokum.
 Gram na gitarze, dalej. Rzadziej, ale lepiej, dużo lepiej niż wtedy kiedy przyjechałem  do Lublina. Studia mają to do siebie, że ma się sporo wolnego czasu, z którym trzeba coś zrobić, a że gitara wisi obok, to i się pogra.
 Zacząłem chodzić w kamizelkach, kamizelki są super, ja wyglądam super w kamizelkach.
 W maju odbyłem najdalszą pociągową podróż życia. Pierwszą z resztą. Trafiłem za Poznań, dałem tam z kumplami pokaz szlachecki, poznałem świetnych, prześwietnych ludzi, którzy tydzień później przyjechali do Lublina.
 Sporo w maju przelało się piwa, oj sporo.
 Na dobry koniec miesiąca kupiłem sobie jeszcze zajebisty kufel na targu staroci.
 Dom zobaczę pewnie dopiero gdzieś w lipcu, więc trochę się tęskni.
 Czas leci mi na nauce, treningach, czytaniu różności, spotkaniach z ukochaną i innymi ludźmi, większej ilości nauk, dziwnych rekonstruktorskich rzeczach.
 Jest mi dobrze i bez wielkich lęków podchodzę do sesji i przyszłości.
 Nie wiem, czy ta notka to powrót do blogowania, czy pożegnalny list.
Czas pokaże.
 Przemyślenie na koniec?
Trzeba mieć iskrę. Dobrze jest mieć coś, przez co przestaje się wspominać i gdybać, a zaczyna myśleć o przyszłości i planować. Dobrze jest działać.
Bezruch jest frustrujący.
Cisza jest frustrująca.

Mam nadzieję, że to powrót a nie odwrót.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Rzecz o krzywym, acz epickim świata postrzeganiu.

        Dzisiaj jak przy każdym powrocie do domu wybrałem się z moim podróżnym, codziennym i odświętnym amigo Jakubem na wycieczkę "krajoznawczą". Tym razem wybór padł na masyw na Krosnem i najwyższą z tamtejszych górek, górę Suchą (585m) z wieżą telewizyjną na szczycie. O podejściu  nie ma się co rozwodzić, bo to górka jak górka. Lesiście, stromo, liście nie sprzątnięte. Szczyt zalesiony, widoków nie było, za to w zamian wiało, wiało tak, że chciało łepetynę urwać. Dotarliśmy tam bez problemów z leciutką tylko zadyszką.  Najfajniej było, kiedy znaleźliśmy wieżę. Nie wiedzieliśmy, czego się mamy spodziewać, ja myślałem, że to będzie po prostu ta wielka betonowa wieża między drzewami, a tam spotkaliśmy zupełnie co innego.


Tekst z diariusza Icka IbnBarabasza, kupca i podróżnika Beskidzkiego z RTCN na Suchej Górze.


      " W podróżach mych beskidzkimi drogami i szlakami, z których te pierwsze kręte bywają i nierówne, a drugie urywają się niespodziewanie i ku wielkiemu zaskoczeniu nagle pojawiają, odbyłem też wyprawę pod włości znane mi po prawdzie wcześniej, acz nigdy nie odwiedzane. Wszelkie styczności z Wieżą na Suchej Górze ograniczały się bowiem do podziwiania jej z daleka, czy to dniem, kiedy przy dobrej widoczności góruje nad okolicami, czy to nocą, gdy czerwone światła palone są na szczycie jej masztu. [...]
       Wieża wznosi się na samym szczycie. Prowadzą doń dwie drogi. Pierwsza jest kamienista, stroma i wije się wzdłuż grani. Tą też drogą doszliśmy pod jedną z bram. Druga z dróg, mniej stroma i kręta, wyłożona kostką, a dalej asfaltowa, biegnie z nieodległych włości, czyli Czarnorzek. Całość otacza płot wysoki na ponad dwa metry, a zwieńczony drutem kolczastym, coby nikt nieproszony po terenie się nie panoszył. Od strony lasu bramy solidne, po prawdzie mocne i z prętów grubych, ale nie konserwowane należycie i rdzą gdzieniegdzie świecące. Od strony brukowanej, brama lepiej oporządzona i bardziej reprezentatywna, obok furta solidna. Byle kto nie wejdzie, każden gość, proszony lub nie, grzecznie strażom przedstawić się musi i po pozwolenie na wejście, pod czujnym okiem, swoje odczekać.
     Do zabudowań głównych długa, betonowa promenada prowadzi. Na kompleks składa się sama baszta na ponad sto metrów wysoka i zabudowania służbowe załogi. Wokół jeszcze wzorowo utrzymane szopy z opałem i innym niezbędnym oporządzeniem. Zbocze wzmocnione jest wysoką na jakieś dwa metry betonową podmurówką. Wokół podmurówki rosną winorośla i jabłonie, pięknie kwitnące o tej porze roku.
     Sama baszta mająca w tym roku pięćdziesiąte pierwsze urodziny zbudowana jest z żelbetonu. Nie zdobiona, ponura i szara wznosi się smagana nieustannie wiatrami. Na szczyt prowadzą kręte schody niczem w minaretach, które oglądałem w Egerze. Okienka są nieliczne i małe. Kilka okala szczyt. Zapewne rozciąga się  stamtąd najlepszy widok na całym województwie. Szczyt wieńczy biało czerwony maszt, świecący nocami, by ostrzegać nierozważnych lotników. Zabudowania załogi wzorowo utrzymane, bielone, zadaszone niebieską blachą. Okna zakratowane jak w klasztorach.
      Niewielka załoga mogłaby tam bronić się odizolowana od armii nieprzyjaznej. Posiadając własną wodę i zapasy zgromadzone w (zapewne rozległych) piwnicach, baszta wydaje się nie do  zdobycia. Usytuowana na szczycie stromej góry, mając ogląd na całą okolicę, broniłaby tej części pogórza przed napaścią czy to tatarską, czy węgierską lub kozacką. [...] Umieściwszy tam ludzi wytrwałych i nawykłych do górskiego życia, książę mógłby mieć pewność, że załoga nie zawiedzie w razie potrzeby.
     Włości pod basztą niezbyt rozległe, jednak wystarczą, by zaopatrzyć rezydentów i przynieść dochód odpowiedni dla prosperowania całości. Lud mieszka tam dość bogaty, a pobożny, pod każdym z murowanych domków jak należy znajduje się kapliczka. Niewielkie pola obradzają zbożem, ziemniakami i warzywami wszelakimi, jest tam też  kilka sadów, a dalej wyręby.
      Przystanku nie urządzaliśmy w tej okolicy dłuższego, tylko tyle by wystarczyło okiem na zabudowanie rzucić i pięknością i potęgą baszty się zachwycić. "




Ot taki powrót do radosnej twórczej inicjatywy. Czy udany, to już nie pod moja ocenę podlega.  Po prostu czasem fajniej jest widzieć świat nie takim jaki jest, ale właśnie z innej perspektywy. Mojej. Gdzie wieża radiowo-telewizyjna mogłaby równie dobrze nadawać się na obronną basztę zamiast zamku odrzykońskiego, gdzie przemierzanie szlaków karawaną byłoby powszechnie przyjęte i praktykowane. Czasem fajnie jest sobie tak fantastycznie-epicko pogdybać. A jak się to ubierze w słowa to może nawet się to może spodobać.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Żyję i mam się dobrze.

Bardzo dobrze. Z ładna pogodą wraca do mnie chęć na łażenie i robienie różnych rzeczy. W tym pisanie, innymi słowy.... Będę tu pisał, znowu, mam nadzieję, że znajdą się zgubnie zaintrygowani lub po prostu zagubieni gdzieś w czeluściach internetów ludzie, co będą to czytać, może komentować, a nawet może im się spodoba i wpadną kilka razy. Nie ważne z jakich przyczyn tu trafią, mam nadzieję, że uśmiechną się pod nosem czytając moje wypociny albo wstaną od komputerów i zapytają samych siebie w lustrze: "Czemu czytam o tym, jak jakiś gość cieszy się studiami i robi pieprzone muszkiety, czy aż tak bardzo nie mam nic do roboty,a w internetach skończyły się śmieszne obrazki z kotami?"

czwartek, 14 lutego 2013

Wesoła patologia.

    W sumie skoro i tak rozpisuję się o życiu na studiach warto wspomnieć o mieszkaniu. Dla mnie ważnej części studenckiego życia. Mieszkanko nie jest dla mnie bowiem tylko przystanią, gdzie zatrzymuję się między wycieczkami do domu po słoiki, ale miejscem, gdzie de fakto spędzam sporo czasu. Zacznijmy jednak od początku.
     Wynajmowane mieszkanie było dla mnie jedynym branym pod uwagę rozwiązaniem. Żadne akademiki. Mieszkanie i to koniecznie z własnym pokojem. W Lublinie taki luksus nie jest rzeczą chorendalnie drogą. Pierwszą ważną rzeczą, na którą należało zwrócić uwagę, byli współlokatorzy. Ponieważ, to że jest się z kimś zajebistym przyjacielem na codzień, nie oznacza, że będzie się z tym kimś dobrze mieszkało. I o tym należy bezwzględnie pamiętać, bo w przeciwnym razie można się rozejść w niezgodzie i narobić sobie dodatkowej roboty z szukaniem nowego lokum. Szczęśliwie poskładało się tak, że moi współlokatorzy nie tylko byli z grona "tych lubianych" ale także "tych do życia".  (tutaj nadmienię, że mieszkam z Mateuszem- moim przyjacielem i Florą <niemalże siostrą >) Szybko dogadaliśmy się co do tego, że wszyscy chcemy własny pokój i to jest priorytetem.
       Potem zaczęło się szalone poszukiwanie mieszkania (w lipcu, kiedy ceny nie są jeszcze zbytnio wywindowane i niektóre perełki nie są już zaklepane). Mieszkanie trzeba dobrze obejrzeć, dogadać się co do ceny etc. etc. Tu pojawia się kolejny ważny aspekt rozpoczynania mieszkania gdzieś. Właściciel. Nasz, Pan Waldek, to proste, poczciwe chłopisko. Wszystko da się dogadać i załatwić. Pojawia się na mieszkaniu raz na miesiąc, bierze kasę i nie obchodzi go nic. Tak długo jak nie rozpętamy jakiejś wyjątkowo zaciekłej wojny z sąsiadami, będziemy sobie żyć w przyjaźni z Waldkiem i wynajmować mieszkanie. Nam trafiło się mieszkanko w typowym komuszym bloku, które wymagało pewnego dopieszczenia (malowanie i wywalenie części gratów). W efekcie każde z nas ma swój własny pokój, pomalowany i urządzony po swojemu. Standard nie jest jakoś wygórowany, ale dzięki temu mogą mieć tu miejsce pewne akcje, które w nowoczesnym budownictwie miejsca mieć by nie mogły.
       Zaczęło się życie z dala od rodziny. Wrzucony na głęboką wodę, człowiek szybko się uczy. Pierwszą rzeczą, jakiej nauczyliśmy się więc na studiach było to, że na margarynie nie da się usmażyć normalnej jajecznicy. Potem było zjednywanie sobie pralki, nauka walki z korkami i wypadającymi gniazdkami i wiele wiele innych. Dowiedzieliśmy się, że woda, gaz, prąd, czy internet nie jest dobrem, którego niewyczerpane źródło płynie do nas z natury, ale czymś, za co trzeba płacić (i to w terminie, bo jak nie to trzeba płacić więcej). Szybko przekonaliśmy się też, że studenci są traktowani przez starszych ludzi, jak najgorsze co może przytrafić się ludzkości. Nasi sąsiedzi nie dostrzegali w nas nawet cienia pierwiastka dobra, a fakt, że jesteśmy dorosłymi ludźmi jest dla nich nie do pojęcia. (Grożenie 20 letniemu człowiekowi, że zadzwoni się do rodziców, to moim zdaniem szczyt niedorzeczności)
     
       Mieszkanie we 3 młode osoby, w jednym, komuszym mieszkanku, to generalnie rzecz biorąc świetna zabawa. Niemalże za każdym razem jak się mijamy, spotykamy w którymś pomieszczeniu lub ma miejsce jakakolwiek inna interakcja, to nie obejdzie się bez żartów, docinek lub innych form umilania sobie czasu. W ten sposób powstają niedorzeczne, przepełnione humorem sytuacje. (np. w trakcie rozmowy o językach obcych zeszliśmy na temat, kto jest gorszy, Ruscy, czy Niemcy. Co zakończyło się okrzykiem "zaborca to zaborca" i pierdolnięciem drzwiami. Całość miała miejsce dobrze po 1 w nocy <kolejna rzecz, czas dla studentów jest rzeczą względną... bardzo>). Skłonność to zabawnych, wyolbrzymionych kłótni, częste przestoje w myciu naczyń i wyrzucaniu butelek, oraz sporo innych elementów przyczyniło się do okrzyknięci naszego mieszkania mianem "wesołej patologii", które najdoskonalej oddaje charakter tego lokum.
      Oczywiście nikt nie jest idealny i w związku z tym niektóre drobnostki  ( jak mogłoby się wydawać) innych bardzo drażnią. Sami sobie też szybko zdajemy sprawę z tego, że mamy pewne dręczące nas mocno nawyki, wyniesione z domu. Konfrontowane one są wtedy z nawykami innych osób (ot, chociażby zostawianie margaryny poza lodówką, niezakręcanie kawy, czy gadanie do siebie). Może to rodzić niesnaski, jednak, nie będzie na pewno przyczyną regularnej wojny. Z czasem jednak idzie się do tego wszystkiego przyzwyczaić.
     

    Niekwestionowany luksus, jakim jest własny pokój, w połączeniu z dogadującymi się współlokatorami,  daje rzeczywiście przyjazne miejsce do mieszkania, do którego czasem aż chce się wracać. Teraz już nie potrafię uczyć się, kiedy jestem w domu, a brak ciągłych odwiedzin różnych znajomych daje wrażenie jakiejś takiej pustki. Tutaj cały czas coś się dzieje!
     

niedziela, 10 lutego 2013

Home sweet home.

    Przyjemnie jest tak czasem wrócić sobie do domu. Odpocząć, pojeść dobre jedzonko, spotkać starych znajomych. Nacieszyć się widokami za oknem. Trzeci powrót do domu uważam za udany. Niestety moje RPGowe warsztaty do skutku nie doszły, bo sali ostatecznie jednak nie dostałem.
   Czasem brakuje mi takiej normalności, jaka panuje w rodzinnym domu. Gdzie wszystko jest uporządkowane, dzień ma pewien określony schemat. Takie pierdoły, które dostrzega się tylko w przypadku długotrwałej separacji. Nasze mieszkanie... ta wesoła patologia jest świetna. Czasem jednak można od tego odpocząć. I to odbudowuje.
     Mam tu problemy z muzyką. Nie wiem czego słuchać, ostatnio zacząłem mieć fazę na muzykę elektroniczną, Ratatat, Draft Punk, te klimaty. Faza na to się szybko skończyła i nic teraz mnie nie ciągnie jakoś mocno w swoją stronę... Może jak wrócę do Lublina, chwycę gitarę, to mi przyjdzie ochota na coś konkretnego, bo teraz (jak rzadko) siedzę raczej w ciszy.
      Zobaczymy jak będzie wyglądał drugi semestr, plan w porównaniu do poprzedniego (gdzie weekend co drugi tydzień zaczynałem w poniedziałek o 17) wypada raczej słabo. Wyjdzie w praniu.


"Herezja rodzi się z bezczynności." Imperialna myśl dnia, która ma pod sobą wszystkie sentencje. Dla mnie jest bardzo trafna. Zawsze kiedy się nudzę, albo nie mam czym się zająć nachodzą mnie jakieś durne rozmyślania, marazm, ewentualnie rozpamiętywania i tworzenie nieziszczalnych scenariuszy w czasie przeszłym. Nienawidzę tego i zawsze staram się czymś zajmować, mieć stale coś do roboty i rozkminiania. Cieszę się więc z nowego semestru.

niedziela, 3 lutego 2013

Żyję i mam się dobrze.

        Koniec przerwy. Był czas na nauki, teraz pora wrócić do pisania tutaj. Pierwsza sesja właściwie za mną, wszystko pozdawane w pierwszych terminach, co wymagało spędzenia trochę czasu z głową w książkach. Czekam ( w sumie z niepokojem) tylko na wyniki jednego egzaminu, jestem jednak dobrej myśli.
        Powrócę do Krosna niedługo, na niedługo, zobaczymy z kim uda mi się spotkać, co zobaczyć. Poprowadzę warsztaty RPG w 1LO w sobotę, kto chce się czegoś o graniu lub prowadzeniu dowiedzieć zapraszam. Kto nigdy nie grał, a chciałby pograć- zapraszam. Kto po prostu chciałby się spotkać i pogadać, w sumie też zapraszam.
        W sumie pierwszy raz od jakiegoś już czasu mogę z pełną premedytacją, zadowoleniem i satysfakcją powiedzieć, że jestem kompletny. Powróciłem na szczyt piramidy potrzeb Maslowa. Czuję, że żyję, cały czas mam coś do roboty i bardzo mi z tym dobrze. Teraz mam odrobinę wolnego, więc pewnie zajmę się sprawami związanymi z uszyciem kompetentnego żupana. Coś poczytam, może pogram RPG i nie tylko. O pisaniu długo właściwie nie myślałem, a w sumie dawniej sprawiało mi sporą frajdę.
         Zapowiada się całkiem fajny czas.
       

czwartek, 3 stycznia 2013

Nízke Beskydy - przygody cz. 2

  Chlapanie. To pierwsze, co usłyszeliśmy, kiedy zeszliśmy z łąk i lasów na nawierzchnię antropogeniczną. Co więcej nie szliśmy po kałużach. Szybko odkryliśmy, że to totalnie przemoczone buty są pełne wody. Idąc po śniegu jakoś tak się tego nie odczuwało, ale potem było makabrycznie. Zatrzymawszy się na przystanku ucięliśmy sobie przerwę na wylanie wody z butów i chociażby odrobinę wysuszenie skarpetek. 
       Stopy bolały, wiatr wiał, zaczęło znowu padać. Do Dukli zostało na szczęście tylko 4 km. Po drodze mieliśmy jednak zamiar zahaczyć o jeszcze jedno zbocze. Tam czekała na nas kolejna atrakcja- jaskinie. Chwile posiedzieliśmy na przystanku, dalej szliśmy drogą asfaltową, mijani przez rozpędzone tiry. Chwilka minęła zanim znaleźliśmy interesującą nas górkę. Wdrapaliśmy się po kamienistym, pokrytym mchem zboczu i zaczęliśmy poszukiwania.
      Jaskinie jak jaskinie. Raczej dziury w ziemi. Popękany piaskowiec. Większość była za mała, żeby wleźć do środka, a te wystarczająco duże były zakratowane, coby ewentualny śmiałek reszty marnego żywota we wnętrzu nie spędził.

Ot zwykłe dziury w ziemi.
     Same jaskinie nie były zbyt dużą atrakcją. Bardziej cieszyły oczy nagie, pionowe, popękane piaskowcowe ściany. Poza tym mieliśmy satysfakcję z odnalezienia kolejnego fajnego elementu krajobrazu. W drodze powrotnej na dół, do głównej drogi urządziliśmy sobie wyścig po omszałym rumowisku i powykręcanych korzeniach, szczelnie pokrywających strome zbocze. Jakimś cudem nikomu nie stała się żadna poważna krzywda . Dalej szło się całkiem przyjemnie bo nareszcie zaświeciło słońce. Do Dukli doszliśmy tak szczęśliwie, że po 2 minutach czekania przyjechał nasz bus.

     Może słowo podsumowania dotyczące wypraw w trakcie odwilży. Odwilż w plusach i minusach:
+ Niesamowite widoki. Osobiście uwielbiam szarawe trawy pokryte plackami śniegu, pędzące po niebie chmury i połamaną krę nad rzekami.
+Pustki na szlaku. Nikomu nie chce się chodzić w taką pogodę.
+Epickość i klimat otoczenia. Jest epicczej i klimatyczniej niż kiedykolwiek indziej.

-Pogoda jest mega nieprzewidywalna.
-Jest ślisko jak cholera, można sobie zrobić krzywdę.
-Wszystko jest mokre,a sprzęt się dosyć szybko zużywa (przemaka nawet nieprzemakalne).
-Trzeba być ogarniętym, kondycyjnie i przygotowawczo.
-Nie ma co liczyć na podziwianie zróżnicowanej i kwitnącej flory.
-Mało czasu. Dzień jest krótki.
-Nocowanie w takich warunkach to wyzwanie dla najtwardszych.

     Dla mnie takie wycieczki są świetna zabawą i polecałbym je każdemu. Ale jeśli nigdy się nie było i chce się spróbować, to nie teraz. Łatwo można się zrazić i pochorować. Z drugiej strony można sobie dać w kość nawet na takiej krótkiej trasce jak nasza (ze 20-25 kilometrów).