W sumie skoro i tak rozpisuję się o życiu na studiach warto wspomnieć o mieszkaniu. Dla mnie ważnej części studenckiego życia. Mieszkanko nie jest dla mnie bowiem tylko przystanią, gdzie zatrzymuję się między wycieczkami do domu po słoiki, ale miejscem, gdzie de fakto spędzam sporo czasu. Zacznijmy jednak od początku.
Wynajmowane mieszkanie było dla mnie jedynym branym pod uwagę rozwiązaniem. Żadne akademiki. Mieszkanie i to koniecznie z własnym pokojem. W Lublinie taki luksus nie jest rzeczą chorendalnie drogą. Pierwszą ważną rzeczą, na którą należało zwrócić uwagę, byli współlokatorzy. Ponieważ, to że jest się z kimś zajebistym przyjacielem na codzień, nie oznacza, że będzie się z tym kimś dobrze mieszkało. I o tym należy bezwzględnie pamiętać, bo w przeciwnym razie można się rozejść w niezgodzie i narobić sobie dodatkowej roboty z szukaniem nowego lokum. Szczęśliwie poskładało się tak, że moi współlokatorzy nie tylko byli z grona "tych lubianych" ale także "tych do życia". (tutaj nadmienię, że mieszkam z Mateuszem- moim przyjacielem i Florą <niemalże siostrą >) Szybko dogadaliśmy się co do tego, że wszyscy chcemy własny pokój i to jest priorytetem.
Potem zaczęło się szalone poszukiwanie mieszkania (w lipcu, kiedy ceny nie są jeszcze zbytnio wywindowane i niektóre perełki nie są już zaklepane). Mieszkanie trzeba dobrze obejrzeć, dogadać się co do ceny etc. etc. Tu pojawia się kolejny ważny aspekt rozpoczynania mieszkania gdzieś. Właściciel. Nasz, Pan Waldek, to proste, poczciwe chłopisko. Wszystko da się dogadać i załatwić. Pojawia się na mieszkaniu raz na miesiąc, bierze kasę i nie obchodzi go nic. Tak długo jak nie rozpętamy jakiejś wyjątkowo zaciekłej wojny z sąsiadami, będziemy sobie żyć w przyjaźni z Waldkiem i wynajmować mieszkanie. Nam trafiło się mieszkanko w typowym komuszym bloku, które wymagało pewnego dopieszczenia (malowanie i wywalenie części gratów). W efekcie każde z nas ma swój własny pokój, pomalowany i urządzony po swojemu. Standard nie jest jakoś wygórowany, ale dzięki temu mogą mieć tu miejsce pewne akcje, które w nowoczesnym budownictwie miejsca mieć by nie mogły.
Zaczęło się życie z dala od rodziny. Wrzucony na głęboką wodę, człowiek szybko się uczy. Pierwszą rzeczą, jakiej nauczyliśmy się więc na studiach było to, że na margarynie nie da się usmażyć normalnej jajecznicy. Potem było zjednywanie sobie pralki, nauka walki z korkami i wypadającymi gniazdkami i wiele wiele innych. Dowiedzieliśmy się, że woda, gaz, prąd, czy internet nie jest dobrem, którego niewyczerpane źródło płynie do nas z natury, ale czymś, za co trzeba płacić (i to w terminie, bo jak nie to trzeba płacić więcej). Szybko przekonaliśmy się też, że studenci są traktowani przez starszych ludzi, jak najgorsze co może przytrafić się ludzkości. Nasi sąsiedzi nie dostrzegali w nas nawet cienia pierwiastka dobra, a fakt, że jesteśmy dorosłymi ludźmi jest dla nich nie do pojęcia. (Grożenie 20 letniemu człowiekowi, że zadzwoni się do rodziców, to moim zdaniem szczyt niedorzeczności)
Mieszkanie we 3 młode osoby, w jednym, komuszym mieszkanku, to generalnie rzecz biorąc świetna zabawa. Niemalże za każdym razem jak się mijamy, spotykamy w którymś pomieszczeniu lub ma miejsce jakakolwiek inna interakcja, to nie obejdzie się bez żartów, docinek lub innych form umilania sobie czasu. W ten sposób powstają niedorzeczne, przepełnione humorem sytuacje. (np. w trakcie rozmowy o językach obcych zeszliśmy na temat, kto jest gorszy, Ruscy, czy Niemcy. Co zakończyło się okrzykiem "zaborca to zaborca" i pierdolnięciem drzwiami. Całość miała miejsce dobrze po 1 w nocy <kolejna rzecz, czas dla studentów jest rzeczą względną... bardzo>). Skłonność to zabawnych, wyolbrzymionych kłótni, częste przestoje w myciu naczyń i wyrzucaniu butelek, oraz sporo innych elementów przyczyniło się do okrzyknięci naszego mieszkania mianem "wesołej patologii", które najdoskonalej oddaje charakter tego lokum.
Oczywiście nikt nie jest idealny i w związku z tym niektóre drobnostki ( jak mogłoby się wydawać) innych bardzo drażnią. Sami sobie też szybko zdajemy sprawę z tego, że mamy pewne dręczące nas mocno nawyki, wyniesione z domu. Konfrontowane one są wtedy z nawykami innych osób (ot, chociażby zostawianie margaryny poza lodówką, niezakręcanie kawy, czy gadanie do siebie). Może to rodzić niesnaski, jednak, nie będzie na pewno przyczyną regularnej wojny. Z czasem jednak idzie się do tego wszystkiego przyzwyczaić.
Niekwestionowany luksus, jakim jest własny pokój, w połączeniu z dogadującymi się współlokatorami, daje rzeczywiście przyjazne miejsce do mieszkania, do którego czasem aż chce się wracać. Teraz już nie potrafię uczyć się, kiedy jestem w domu, a brak ciągłych odwiedzin różnych znajomych daje wrażenie jakiejś takiej pustki. Tutaj cały czas coś się dzieje!
Flora <3
OdpowiedzUsuńDlaczego zniechęciłeś się do akademika? :D
OdpowiedzUsuńBrak własnej kuchni, czasem brak własnej łazienki, kilka osób w pokoju, brak możliwości wpływania na wygląd tego pokoju, brak możliwości nocowania kogo się chce i kiedy się chce, utrudnione powroty o późnych godzinach nocnych, nie ma gdzie palić (to akurat nie mój problem, ale jednak), przypadkowy dobór współlokatorów, kilka osób w pokoju (powtarzam się, ale to bardzo by mi przeszkadzało). Poza tym niestety piękne czasy, kiedy akademik był jednym wspólnie żyjącym organizmem bezpowrotnie minęły. Ten organizm został zabity prze internet i Facebooka. Ot, takie czasy.
UsuńPrzede mną Życie Dorosłe dopiero niebawem stanie otworem, więc miło mi się Ciebie czytało. :)
OdpowiedzUsuńStary, co się tak zaciąłeś, życie stało sie nudne? Pisz Pan.
OdpowiedzUsuń