Za wspólną wycieczkę dziękuję Kubie i Michałowi. Z wami nawet wyjście do sklepu to przygoda, a co dopiero Beskid niski.
Pomysł był prosty: jak przyjadę do domu, iść gdzieś w teren. Padło na górę Cergową. Ostatnio na jej szczycie gościłem jeszcze w gimnazjum.
Początek wyprawy jeszcze przed świtem. Bus do Dukli. Wschód słońca o 7:30, planowo byliśmy już na miejscu. Nie mieliśmy mapy i chcąc nie chcąc zmuszeni byliśmy przesiedzieć jakiś czas w miasteczku, czekając na otwarcie "księgarni" o godzinie 8. Poszliśmy więc do muzeum (właściwie parku) i do ruin synagogi.
 |
| Spalona w 1940 synagoga z 1758. |
 |
| T34 85 |
Dopiero zaopatrzeni w mapę mogliśmy z czystym sumieniem ruszyć na szlak. Początkowo asfaltową drogą, która prowadzi do jakiegoś przydukielskiego sioła i kończy się parkingiem <?> dalej wijąc się jako ścieżka. Początkowo polami, dalej lasem. Pogoda zapowiadała się ciekawie. Chmury gnały po niebie, zahaczając raz po raz o szczyt góry. Było mokro, około 0*. Szlak nie był szczególnie zawiły i początkowo dobrze oznaczony. Ale to jest Beskid niski. Przyzwyczaiłem się już, że szlak urywa się w najmniej odpowiednim miejscu. Na rozstaju jakichś leśnych ścieżek. Chwila szukania, szamotania między krętymi ścieżynkami i jest. Znowu go znajdujemy. Dzielnie pniemy się po śliskiej dróżce. Część była oblodzona, część pokryta śniegiem, a reszta była błotnista i mokra... roztopy, wiadomo.
 |
| Jak zgubiliśmy żółty szlak, to kierowaliśmy się za tym wybrakowanym, błękitnym szlaczkiem. W końcu się ze sobą połączyły. Czemu? |
 |
| Wiadomo, roztopy. |
Podejście nie było strome, raczej normalne. Czasami dawało w kość bardziej, a czasami było niemal płaskie. Pierwszy postój zarządziłem kiedy dotarliśmy do leśnej kaplicy i obudowanego źródełka świętego Jana. Tam zjedliśmy śniadanie i pierwszy raz odpaliliśmy walkie-talkie. Nowa zabawka okazała się jeszcze fajniejsza, kiedy zaczęliśmy łapać sygnały od okolicznych mobilków. Na początku słabo, im bliżej szczytu, tym lepiej.
Powyżej 600 metrów, leżał śnieg. Na wysokość najpierw po kostki, potem po łydkę, miejscami po kolana albo "sarnom po jaja". Temperatura spadła poniżej 0 i wiał całkiem silny wiatr. Po jakimś czasie zaczął padać na dodatek deszcz. Momentalnie zamarzał, czy to na drzewach, krzewach, czy na nas. Zamarzał na gałązkach nad naszymi głowami, po czym w formie nietrwałych sopli, zwiewany, spadał nam cały czas na głowy. Na dodatek otaczała nas chmura, albo mgła. Ciężko mi to określić. Widać było na jakieś 50-60 metrów. W ten sposób pierwszy z nas był niemal niewidoczny dla zamykającego naszą trójkę. Wtedy przydawały się walkie-talkie.
 |
| Tyle za mną |
 |
| Tyle z przodu. Kuby nie widać, ale jest gdzieś tam. |
Nie trzeba nikomu udowadniać, że wycieczka w takim otoczeniu jest niesamowicie klimatyczna. Było przepięknie. Ale i hardkorowo. Ciężko się idzie w taką pogodę i niewygodnie. Wypada tu wtrącić słówko o śniegu. Był wredny. Losowo nawiany po całej szerokości szlaku. Raz głęboki po kolana, a centymetr obok sięgający za kostkę. W dodatku na wierzchu zmrożony tak, że początkowo stawało się na nim pewnie. Po chwili wierzchnia warstwa pękała i noga zapadała się w mokrym śniegu pod spodem. Trzeba ją było wyrwać z tego małego "przerębla" i postawić kolejny krok. Oczywiście na szlaku przed nami nie było niczyich śladów, więc w sumie można powiedzieć, że go przetarliśmy. Idący z przodu się zmieniali coby narzucać pasujące tempo. Ja uwielbiam takie wyjścia. Im ciężej tym lepiej.
 |
"-Mobilki, pozdrowienia z Cergowej jesteśmy na szczycie, szczęśliwego nowego roku, jest paskudnie
-Gratulacje koledzy, szczęśliwego nowego roku" |
Po godzinie 10 zameldowaliśmy się na szczycie. Olaliśmy planowany postój, bo masakrycznie wiało i padało. Szybki wpis do zeszytu w skrzyneczce, pozdrowienia dla mobilków z podnóża, rzut oka na mapę i jazda na czerwony szlak. Następny postój zafundowaliśmy sobie na skrzyżowaniu kilku szlaków. Ulepiliśmy tam bałwana imieniem "Cojones" i zostawiliśmy samego sobie, coby straszył turystów.
 |
| Cojones |
Potem szło się przyjemnie, bo niemal po płaskim. Mgła nie ustępowała, wiało jak diabli, ale przynajmniej przestało padać. Ucięliśmy sobie króciutką, kilkuminutową przerwę, żeby się odrobinę rozgrzać.
 |
| Po raz kolejny muszę rozpalać totalnie przemoczone ognisko. Następne będzie ognisko ze śniegu i sopli. |
Po drodze w dół spotkaliśmy sporą rodzinkę idącą w przeciwnym kierunku. Tradycyjnie przywitaliśmy się ze wszystkimi i dopiero po chwili dotarło do nas, że spotkają seniora Cojonesa. Wywołało to u nas niemałą falę radości i salwy śmiechu. Przewidywaliśmy, że beskidzkie czorty już zdążyły obudzić paskudnego bałwana, który zaczął żyć na własną rękę i został alfonsem saren i dzików. Co więcej łaknął krwi... krwi turystów.
Kiedy dotarliśmy na granicę lasu otrzymaliśmy najlepszy prezent i najlepszą nagrodę na jaka można było liczyć tego pochmurnego dnia.
Nacieszyliśmy się przepięknym krajobrazem i żwawo ruszyliśmy ku głównej drodze.
Ciąg dalszy nastąpi...
fotograf wyprawy. Kuba