poniedziałek, 31 grudnia 2012

Nízke Beskydy - przygody cz. 1

  Za wspólną wycieczkę dziękuję Kubie i Michałowi. Z wami nawet wyjście do sklepu to przygoda, a co dopiero Beskid niski.





   Pomysł był prosty: jak przyjadę do domu, iść gdzieś w teren. Padło na górę Cergową. Ostatnio na jej szczycie gościłem jeszcze w gimnazjum.
Cergowa
    Początek wyprawy jeszcze przed świtem. Bus do Dukli. Wschód słońca o 7:30, planowo byliśmy już na miejscu. Nie mieliśmy mapy i chcąc nie chcąc zmuszeni byliśmy przesiedzieć jakiś czas w miasteczku, czekając na otwarcie "księgarni" o godzinie 8. Poszliśmy więc do muzeum (właściwie parku) i do ruin synagogi. 
Spalona w 1940 synagoga z 1758. 

T34 85

    Dopiero zaopatrzeni w mapę mogliśmy z czystym sumieniem ruszyć na szlak. Początkowo asfaltową drogą, która prowadzi do jakiegoś przydukielskiego sioła i kończy się parkingiem <?> dalej wijąc się jako ścieżka. Początkowo polami, dalej lasem. Pogoda zapowiadała się ciekawie. Chmury gnały po niebie, zahaczając raz po raz o szczyt góry. Było mokro, około 0*.  Szlak nie był szczególnie zawiły i początkowo dobrze oznaczony. Ale to jest Beskid niski. Przyzwyczaiłem się już, że szlak urywa się w najmniej odpowiednim miejscu. Na rozstaju jakichś leśnych ścieżek. Chwila szukania, szamotania między krętymi ścieżynkami i jest. Znowu go znajdujemy. Dzielnie pniemy się po śliskiej dróżce. Część była oblodzona, część pokryta śniegiem, a reszta była błotnista i mokra... roztopy, wiadomo.
Jak zgubiliśmy żółty szlak, to kierowaliśmy się za tym wybrakowanym, błękitnym szlaczkiem. W końcu się ze sobą połączyły. Czemu? 

Wiadomo, roztopy.
    Podejście nie było strome, raczej normalne. Czasami dawało w kość bardziej, a czasami było niemal płaskie. Pierwszy postój zarządziłem kiedy dotarliśmy do leśnej kaplicy i obudowanego źródełka świętego Jana. Tam zjedliśmy śniadanie i pierwszy raz odpaliliśmy walkie-talkie. Nowa zabawka okazała się jeszcze fajniejsza, kiedy zaczęliśmy łapać sygnały od okolicznych mobilków. Na początku słabo, im bliżej szczytu, tym lepiej.
     Powyżej 600 metrów, leżał śnieg.  Na wysokość najpierw po kostki, potem po łydkę, miejscami po kolana albo "sarnom po jaja". Temperatura spadła poniżej 0 i wiał całkiem silny wiatr. Po jakimś czasie zaczął padać na dodatek deszcz. Momentalnie zamarzał, czy to na drzewach, krzewach, czy na nas. Zamarzał na gałązkach nad naszymi głowami, po czym w formie nietrwałych sopli, zwiewany, spadał nam cały czas na głowy. Na dodatek otaczała nas chmura, albo mgła. Ciężko mi to określić. Widać było na jakieś 50-60 metrów. W ten sposób pierwszy z nas był niemal niewidoczny dla zamykającego naszą trójkę. Wtedy przydawały się walkie-talkie.
Tyle za mną

Tyle z przodu.  Kuby nie widać, ale jest gdzieś tam. 
     Nie trzeba nikomu udowadniać, że wycieczka w takim otoczeniu jest niesamowicie klimatyczna. Było przepięknie. Ale i hardkorowo. Ciężko się idzie w taką pogodę  i niewygodnie. Wypada tu wtrącić słówko o śniegu. Był wredny. Losowo nawiany po całej szerokości szlaku. Raz głęboki po kolana, a centymetr obok sięgający za kostkę. W dodatku na wierzchu zmrożony tak, że początkowo stawało się na nim pewnie. Po chwili wierzchnia warstwa pękała i noga zapadała się w mokrym śniegu pod spodem. Trzeba ją było wyrwać z tego małego "przerębla" i postawić  kolejny krok. Oczywiście na szlaku przed nami nie było niczyich śladów, więc w sumie można powiedzieć, że go przetarliśmy. Idący z przodu się zmieniali coby narzucać pasujące tempo. Ja uwielbiam takie wyjścia. Im ciężej tym lepiej.

"-Mobilki, pozdrowienia z Cergowej jesteśmy na szczycie, szczęśliwego nowego roku, jest paskudnie
-Gratulacje koledzy, szczęśliwego nowego roku"
    Po godzinie 10 zameldowaliśmy się na szczycie. Olaliśmy planowany postój, bo masakrycznie wiało i padało. Szybki wpis do zeszytu w skrzyneczce, pozdrowienia dla mobilków z podnóża, rzut oka na mapę i jazda na czerwony szlak. Następny postój zafundowaliśmy sobie na skrzyżowaniu kilku szlaków.  Ulepiliśmy tam bałwana imieniem "Cojones" i zostawiliśmy samego sobie, coby straszył turystów.

Cojones
     Potem szło się przyjemnie, bo niemal po płaskim. Mgła nie ustępowała, wiało jak diabli, ale przynajmniej przestało padać. Ucięliśmy sobie króciutką, kilkuminutową przerwę, żeby się odrobinę rozgrzać.
Po raz kolejny muszę rozpalać totalnie przemoczone ognisko. Następne będzie ognisko ze śniegu i sopli. 
Po drodze w dół spotkaliśmy sporą rodzinkę idącą w przeciwnym kierunku. Tradycyjnie przywitaliśmy się ze wszystkimi i dopiero po chwili dotarło do nas, że spotkają seniora Cojonesa. Wywołało to u nas niemałą falę radości i salwy śmiechu. Przewidywaliśmy, że beskidzkie czorty już zdążyły obudzić paskudnego bałwana, który zaczął żyć na własną rękę i został alfonsem saren i dzików. Co więcej łaknął krwi... krwi turystów.
    Kiedy dotarliśmy na granicę lasu otrzymaliśmy najlepszy prezent i najlepszą nagrodę na jaka można było liczyć tego pochmurnego dnia.



















      Nacieszyliśmy się przepięknym krajobrazem i żwawo  ruszyliśmy ku głównej drodze.

Ciąg dalszy nastąpi...

fotograf wyprawy. Kuba

sobota, 15 grudnia 2012

Ad meliora tempora

     Jest zimno. Idę z kubkiem kawy na plac litewski, pod pomnikiem stoi grupka mężczyzn, pali fajki i o czymś rozmawia. Podchodzę, witam się, stoimy, rozmawiamy i żartujemy.Przychodzą kolejni. Po jakichś 10 minutach przyjeżdża samochód, wychodzi z niego wąsaty typ i  ustawia głośniki. Podchodzi do nas wita się z każdym. "No widzę ZOMO już przyszło, dobra ilu nas jest?" W miarę szczegółowo wytłumaczył plan działania i puścił nam muzykę. Potem rozeszliśmy się do domów.

      We środę wieczorem wylądowałem w lubelskiej siedzibie Solidarności. Tam dostałem mundur, pałkę i tarczę. Po szybkiej odprawie i krótkim wytłumaczeniu rozkazów kolumna ZOMOwców wyruszyła na plac litewski, by tam mieś krótkie manewry. Pochodziliśmy chwile w szyku, wykonaliśmy kilka rozkazów i prowizorycznie przećwiczyliśmy "układ", który mieliśmy wykonać w trakcie czwartkowych obchodów rocznicy wprowadzenia stanu wojennego.  Pośpiewaliśmy i  karnym szykiem wróciliśmy do naszych koszar. 


     We czwartek prosto z zajęć pobiegłem do koszar i przebrałem się w strój ZOMOwca. Podzieliliśmy się na czteroosobowe patrole i około 13 ruszyliśmy na miasto. Ja razem z resztą bractwa rycerskiego ruszyłem w największej, ośmioosobowej grupce z oficerem politycznym i oficerem dowodzącym całym oddziałem. Tworzyliśmy malowniczą zbierankę. Mieliśmy ponad 2 godziny na chodzenie po mieście, mówienie o późniejszej rekonstrukcji oraz przypominanie niektórym ludziom z jakiej okazji tak sobie chodzimy. Moim zdaniem takie spotkania z żywą historią są najlepszą formą dydaktyczną, Niektórzy przekonali się o tym na własnej skórze.  Oczywiście pokusa, by legitymować ludzi wygrała i patrolując ulice krzyczeliśmy szczekaczką na grupy przechodniów, że ich zgromadzenie jest nielegalne. Oczywiście towarzyszyły nam różne reakcje. Od bardzo pozytywnych ludzi, którzy uważali, że nasza akcja jest świetna, chwalili stroje i współpracowali w naszych scenkach legitymowania i zgarniania na komisariat. Było kilka bardzo nieprzychylnych reakcji. Ogólnie odbiór był jednak pozytywny. 
     Przezabawnie było, kiedy zaczepiliśmy wycieczkę z Francji, będą mieli co opowiadać, o tym jak ich ZOMO rozgoniło pałkami i  wyciągnęło kilka osób siłą. Potem wpadliśmy do PEWEXU i domagaliśmy się kwitów na towary.  Oczywiście po drodze sprawdzaliśmy dokumenty każdej ładnej dziewczynie, którą przyuważyliśmy. Tylko jedna wyciągnęła drżącą ręką dowód osobisty. Nie zgadzał się kolor włosów, więc ją nastraszyliśmy wzywając nyskę i grożąc zabraniem na komisariat. Ostatecznie uciekła. Uciekała także banda dresików, kiedy ruszyliśmy w ich stronę z okrzykami. Zatrzymali się dopiero, kiedy wybuchnęliśmy potężną salwą niepohamowanego śmiechu. 
     Następnie zebraliśmy się w 4 patrole i po szybkiej odprawie zaatakowaliśmy centrum handlowe. Z niego wygonił nas przerażony ochroniarz, który zgłupiał i nie wiedząc co ma zrobić po prostu nas wywalił, grożąc wezwaniem policji. 
      Wróciliśmy do koszar, herbatka, kanapki ostatnia odprawa. Potem ustawiliśmy się w kolumnę i powoli ruszyliśmy na plac litewski. Tam była rekonstrukcja manifestacji. Moim zdaniem wyszło średnio, bo się ani ludzie nie słuchali ani nie było starcia, które wyglądałoby (lub byłoby) realistyczne. 


     Powrót do koszar był przezabawny. Krakowskim przedmieściem, równym krokiem szedł oddział ZOMO śpiewając "Jesteśmy jagódki, czarne jagódki" i "byłem w zomo byłem w ormo, teraz jestem za platformą". Na koniec sweet focia grupowa na schodach ratusza i powrót do koszar na grochówkę i zdać sprzęt.
     Uwielbiam akcje ożywiania historii. Są potrzebne, bo świadomość historyczna niektórych ludzi powala na kolana i nie pozwala wstać. Ponadto jest to najbardziej przystępna forma nauki historii. 

środa, 12 grudnia 2012

Serviatus status brevis est

      Koniec przerwy, zabrałem się na powrót do pisania. Przerwa spowodowana była brakiem motywacji do pisania. Jak się motywacja pojawiała, to brak było tematu.
      Imieniny księcia Jeremiego Wiśniowieckiego, czyli impreza na cześć patrona naszego bractwa rycerskiego, była chyba najlepszą imprezą na jakiej byłem od przybycia do Lublina. Po pierwsze obowiązywał strój historyczny. Po drugie bawili się świetni ludzie. Głównym źródłem muzyki była moja gitara i pieśni a'capella. W większości oczywiście mieszczące się w konwencji historycznej.  Masa pysznego jedzenia. W żupanie na grzbiecie, z szabelką przy boku, z pucharem w dłoni i pieśnią na ustach bawiłem do 5 rano. Kac męczył mnie chyba do 20 dnia następnego.  W związku  z przeżyciami z "Jaremy"  poszerzy się mój śpiewnik.
        Trwa tydzień względnie pracowity. Jutro kolokwium z etyki. Co więcej muszę przysiąść do pracy semestralnej na temat nieśmiałości. Termin się zbliża, a ja oczywiście jestem w lesie.
       Nie mogę się już doczekać powrotu do domu. Domowe jedzonko, starzy znajomi, domowe jedzonko, ciepło kominka i moje pyszne, drogocenne herbaty. Apropos!  Dzisiaj chciałem dać upust swojemu burżujstwu i chciałem iść do herbaciarni, gdzie wydam 7 złotych za herbatę i nie pożałuję tego, ale niestety na starówce nie ma takiego miejsca. Ewentualnie jest doskonale zakamuflowane i umknęło mojemu "sokolemu" wzrokowi, niszczonemu właśnie pisaniem po ciemku  (zabójczy kontrast).  Mam plan, że gdy wrócę do domu, to wybiorę się na szlak. W zimie będzie ciężko, ale pięknie. Może wschód słońca na Grzywackiej?
          Dopiero dzisiaj obejrzałem "Czarny czwartek". Piszę dopiero teraz, bo po seansie stwierdzam, że to film obowiązkowy. Oglądam zbyt mało filmów, żeby rzetelnie wypowiadać się na temat realizacji  i innych warsztatowych elementów. Mogę za to wypowiedzieć się na temat emocji, które towarzyszyły "Czarnemu czwartkowi".  Przede wszystkim wzrosła moja nienawiść do komuszej zarazy, komunizmu i totalitaryzmu. Zauważyłem, że w ostatecznych aktach desperacji szarzy ludzie, którzy dotknięci są przez chory system, przez "bijące serce partii" zwracają się do najbardziej fundamentalnych wartości. "Bądź pan człowiek!"  A oni nie odpowiadali. Nie wszyscy byli więc ludźmi? Czy w  chorym systemie zaciera się różnica między człowiekiem, a nieczłowiekiem? Homo sovieticus jest więc formą przejściową między człowiekiem, a czym?.... bestią?
         Ponuro się zrobiło i poważnie na koniec, a temat pewnie jeszcze poruszę.