czwartek, 29 listopada 2012

Fa(i)lkon

    Z trudem i bólem przychodzi mi napisanie tych słów: Nie bawiłem się za dobrze na tegorocznym Falkonie. XIII edycja największego konwentu po tej  stronie Wisły, okazała się dla mnie pechowa.
     Może zacznę od tego, co mi się podobało, mianowicie jak zwykle atmosfera. Wszędzie pełno fantastów, rekonstruktorów i ludzi w strojach. Dużo znajomych twarzy. Trzy wyjątkowo dobrze znajome, nie widziane od września. Poza tym ogrom konwentu, który przybrał właściwie formułę targów.Poziom tych kilku prelekcji, na których byłem był jak zwykle wysoki.
    Logistycznie moim zdaniem Falkon bł rozwiązany słabo. Salki prelekcyjne były małe, a konsolówka pustawa. Poza tym nie mogę się przekonać do toczenia się akcji w kilku szkołach (w tym roku w 2 plus budynek targów lubelskich). Być może to z tego powodu nie byłem na ani jednej atrakcji w bloku RPG. Nie udało mi się też zagrać żadnego RPG, ale to już nie tylko moja wina.
     Wszelkie atrakcje towarzyszące przyjazdowi Człowieka Prawnika i spółki do Lublina zapadną mi na długo w pamięć. Na długo zapamięta je też moje biedne, zdarte gardło i wiejący pustką portfel. Śpiewanie na placu po farze, niemalże do godziny 4 nad ranem, to jest to co warto robić przy okazji konwentu.
     Właściwie ciężko mi powiedzieć, czy Falkon jeszcze jest konwentem. Nawet w nazwie ma "festiwal fantastyki" . Ta impreza jest ogromna, a teraz jeszcze jej formuła uległa pewnej zmianie (w związku ze zmianą miejscówki).  Esencją konwentowania stały się dla mnie więc konwenty zaściankowe, te organizowane w Tomaszowie Lubelskim, Lubartowie i Zamościu. Tam panuje prześwietna atmosfera, wszystko jest w jednym miejscu i może nieco kuleje jakościowo, ale za to całość mając kameralny charakter, zbliża wszystkich uczestników. Pomimo nie przespania kilku dni, na takim konwencie mogę rzeczywiście powiedzieć, że świetnie się bawię i wypoczywam od codzienności, zawieszony gdzieś pomiędzy światami.
       Wielkim marzeniem, które w końcu spełnię jest organizacja konwentu w Krośnie, pod egidą mojego rodzimego klubu fantastyki Elizjum.

Ostatnio przekonałem się do szant śpiewanych po francusku. Przyjemna odmiana od znanych na pamięć polskich i angielskich wykonań.

środa, 21 listopada 2012

Adulescentia est tempus discendi...

... czyli jak wyglądają moje studia. (część I- wykłady)

     Tygodnie mijają jeden po drugim, a ja powiedzmy zadomowiłem się już w Lublinie i przywykłem do rytmu studiowania. Podział zajęć na uczelni, mam wprost genialny, dzięki czemu mam czas właściwie na wszystko, a rozumnie dysponując czasem ani sie nie przepracowuję, ani też nie mam za bardzo czasu na nudę.
     Tydzień zaczyna się o godzinie 8:30 długim jak wojna stuletnia, równie sensownym i przynoszącym podobne skutki wykładem z filozofii. 3 godziny niezbyt porywającego wykładu na temat, którym nigdy zbyt szczególnie nie byłem zainteresowany. Po wykładzie większość jego uczestników jest niemalże skoszona, a ci którzy nie ucięli sobie drzemki w trakcie jego trwania, tłoczą się przy dychawicznym, niemal hazardowym automacie do kawy. (Robiąc żądany napój wydaje dźwięki, jakby napędzały go potępione dusze, a jego hazardowy charakter polega na tym, że raz naleje pół kubeczka, raz cały, czasem tylko pocharczy, pocharczy i wypluje resztkę piany.  Nie zawsze też leje to co się zamówiło). Filozofię ratuje pani doktor Smoczyńska, która mówi dość ciekawie, rozluźniając raz na jakiś czas atmosferę lekką anegdotką, czy to na temat pani w sklepie, czy to na temat KULu.
      Po filozofii, po krótkiej przerwie na (ewentualna kawę) zaczerpnięcie świeżego powietrza, w drodze do żabki, po chorendalnie drogą i bardzo smaczną kanapkę dla desperatów* (*- nazwa nadana przeze mnie, w czasie kiedy w lodówce miałem tylko światełko i jakieś 5 złotych w kieszeni. Teraz jestem jej najczęstszym konsumentem, bo mnie stać** i mi smakuje.<**- koniec miesiąca zweryfikuje moje słowa>).  Przychodzi czas na wykład z wprowadzenia do psychologii. Muszę przyznać, że jeden z najciekawszych przedmiotów. Wykład jest zazwyczaj urozmaicany filmikami, szybkimi eksperymentami i organoleptycznym testowaniem niektórych teorii. Jedynym mankamentem jest nużący głos pani doktor.
    Kolejna krótka przerwa i zaczyna się prawdziwa jazda. Biologiczne podstawy zachowania, z panią doktor Unkiewicz-Winiarczyk, która na co dzień pracuje w instytucie biologii, czy tam innym podobnym. W tym miejscu chciałbym oficjalnie współczuć ludziom, którzy nie mieli biologii rozszerzonej w liceum (~80% ludzi). Ja (i inni "po biologii") siedzą na wykładzie względnie rozluźnieni, notując ewentualnie to, co uważają za stosowne. Pozostali albo siedzą jak na tureckim kazaniu, porzucając nadzieję na pojęcie tego, co słyszą, albo  niczym skryba na przesłuchaniu u inkwizytora piszą wszystko co usłyszą. Pani doktor ma charyzmę. Mówi ciekawie i zrozumiale o niezrozumiałych i generalnie dosyć trudnych rzeczach. Mnie potrafi zainteresować i podtrzymać uwagę przez półtorej godziny. O notatki nie ma się w sumie co martwić, bo jako jedyna przesyła nam swoje prezentacje na mejla grupowego (wiwat dla pani doktor!).
      Ostatnia krótka przerwa i przychodzi czas na najnudniejszy przedmiot, jaki kiedykolwiek miałem. Etyka zawodu psychologa. Sens to ma, bo dowiadujemy się generalnie różnych potrzebnych w pracy z ludźmi rzeczy, ale ludzie... ileż można mówić o tym samym! Jedyne, co trzyma mnie przy życiu na tych wykładach to przeepicka pani doktor Wolińska, która potrafiła przez 8 tygodni mówić o tym samym, w coraz to nowszy sposób, rozpatrując etyczne problemy współczesnej psychologii pod każdym kontem. Poza tym ma bardzo zdrowe podejście do nauczanych przez siebie kwestii, bo już na początku stwierdziła, że nikogo moralności nie nauczy. Pokaże tylko jak nie robić z profesjonalnego punktu widzenia,a co zrobimy z tym my, to już totalnie nasza sprawa.

         Możliwe, że rwąc włosy z głowy, zadajecie sobie pytanie: skąd on to wszystko wie?! Co to za student co był na wszystkich wykładach! Tutaj warto więc wspomnieć, że jestem osobą obowiązkową. Co więcej chodzę na wykłady spotkać znajomych i z czystej ciekawości. Poza tym po prostu lubię się uczyć.

niedziela, 18 listopada 2012

Lucundi acti labores.

     Pracowity tydzień jednoznacznie oznacza, że będzie tu pustawo. Po pierwsze dlatego, że nie mam wtedy czasu, żeby przysiąść, wymyślić i napisać coś konstruktywnego. Po drugie dlatego, że zwykle nie spotyka mnie wtedy nic nadzwyczajnego i godnego uwagi. Szczęśliwie, pracowity tydzień dobiegł końca i teraz czeka mnie tydzień względnie wolny.
     Weekend zacząłem z przytupem, spotkaniem bractwa, potem imprezą na mieszkaniu. Dowiedziałem się, że 13 grudnia będę brał udział w uroczystościach rocznicowych. Będę w ZOMO. Co więcej plany tworzenia sekcji puszkarskiej (to ci co z dział strzelają) mogą się relatywnie szybko ziścić.
      Pomimo, że oddaliłem się nieco  od "zorganizowanej fantastyki", wciąż mogę powiedzieć, że siedzę w tym głęboko i się tym jaram. W związku z tym w przyszły weekend mam wielkie święto- XIII festiwal fantastyki Falkon. Przyjedzie do mnie mój ulubiony superbohater, człowiek-prawnik. To będzie już mój 5 falkon (jaktenczaszapierdala!).  Zapowiada się więc świetna zabawa.

niedziela, 11 listopada 2012

Dulce et decorum est pro patria mori.

    W związku z dzisiejszą rocznicą wypada mi napisać kilka słów. Może zacznę od tego, że obchody w Lublinie  z mojej perspektywy przebiegały bez żadnych zakłóceń. Była zmiana warty, były wieńce, krótka parada i przemówienia. Mnie także można było zobaczyć bez problemów, bo rzucałem się w oczy. Wraz ze znajomymi z bractwa im. Jeremiego Wiśniowieckiego, jak na grupę rekonstruktorską przystało, poprzebieraliśmy się i świętowaliśmy po swojemu.  Chodziliśmy po placu litewskim i w jego okolicach, wdając się w krótkie rozmowy z przechodniami i pozując do niezliczonej ilości zdjęć.
     Dzisiejszy dzień miał na placu litewskim charakter rodzinnego pikniku. Można było oglądać sprzęt wojskowy, rozmawiać z ułanami i brać udział w jakieś grze terenowej. Podobało mi się mnóstwo scen, w trakcie których rodzice tłumaczyli swoim pociechom jakie dzisiaj jest święto, co to za wąsaty pan na Kasztance, dlaczego wszyscy chodzą z flagami. Co więcej były domowe lekcja historii w wersji bardzo praktycznej, bo jako że było trochę rekonstruktorów z okresu II RP i jakieś sprzęty z II WŚ, to rodzice (przy okazji pokazując palcami opisywane elementy) mogli opowiadać swoim pociechom o "dawnych czasach" albo po prostu o rodzinnych przodkach. Fajnie było się w jakiś sposób  przyczynić do poszerzania świadomości narodowej, albo szerzenia przynajmniej elementarnej wiedzy z  zakresu historii.
     Nasze kolorowe stroje wzbudzały zainteresowanie i raczej pozytywne emocje. Kilku obcokrajowców będzie miało bardzo polską pamiątkę. Zwłaszcza jeden młody Czech(?), który  zapytał nas, czy może nas nagrać.Oczywiście zgodziliśmy się, a jako że stwierdziliśmy, że jak stoimy i rozmawiamy to jesteśmy nudni, więc porwaliśmy się do szabel i z kolegą odbyliśmy błyskawiczny pojedynek, który przykuł uwagę chyba całego placu. Niestety dla spóźnialskich tak samo jak nagle pojedynek się zaczął, tak samo nagle się zakończył.
Szlachcic w stroju polskim.
 fot. z XXI wieku. 
      Czy jestem patriotą? Tak, mogę śmiało powiedzieć, że w swoim odczuciu jestem patriotą. Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem. Uwielbiam naszą historię. Nigdy nie uznałbym "bycia polaczkiem" za coś obraźliwego.  Szanuję i wspieram polską kulturę. Chodzę na wybory. Drażnią mnie jednak współczesne władze i rozbite społeczeństwo, które nawet w rocznicę tak ważną (o ile nie najważniejszą) nie potrafi wspólnie się cieszyć i po prostu świętować. Nazwanie  kogoś zdrajcą narodu, tylko dlatego, że głosuje na inna partię, jest dla mnie niezrozumiałe, żenujące i karygodne. Macie swoją demokrację! Czy nie o to właśnie walczyła Solidarność?  Proszę bardzo, pluralizm pełną gębą.  Zawsze jednak istnieje "moja racja, która jest mojsza niż twojsza. I jeśli się ze mną nie zgadzasz, to jesteś zdrajca, kurwa, bolszewik i ( tu wstaw bluzgi, które przychodzą Ci do głowy)..."
     Marsze w Warszawie mnie przerażają i przerastają moje pojmowanie.
   

poniedziałek, 5 listopada 2012

Ubi bene, ibi patria

     Koniec długiego weekendu, ostatni weekend w domu przed powrotem na święta. Ciężko powiedzieć, że tu odpoczywałem, nie miałem za bardzo po czym. Można śmiało rzec, że chłonąłem atmosferę małego miasteczka. Wiadomo... puste ulice, same znajome gęby, zadbane podwórka przed zadbanymi domami. Generalnie spokojna kraina sielskości, albo sielska kraina spokojności. Nie skorzystałem z ani jednego zaproszenia na piwo, trochę szkoda, bo nie spotkałem żadnego z dawno niewidzianych znajomych, ale nie mam w związku z tym wyjątkowo głębokiej traumy. Wybrałem się za to na krajoznawczą wycieczkę na niebieski szlak.
     Szlak oczywiście się urwał,w związku z czym przeszliśmy (wybrałem się na szlak z Kubą) resztę trasy z kompasem i mapą. Zwiedziliśmy teren górniczy strzeżony dzielnie przez las tabliczek "nie wchodzić- teren górniczy" , po czym przeszliśmy przez teren oznaczony jako "wycinka lasu- uwaga nie wchodzić".  Wycieczka krajoznawcza trwała jakieś 6 godzin, w ciągu których przeszliśmy coś ze 20 km. Co zaskakujące wcale ten dystans nie dał mi w kość. Widać nie jestem aż tak zastany jak mi się wydawało.
       Przy okazji tej przechadzki, w lesie znaleźliśmy jeden z wielu okolicznych cmentarzy wojskowych. Właściwie, był to pojedynczy pomniczek? grób? nieznanego żołnierza. Memento mori, wszak 2 listopada był, także zatrzymaliśmy się przy nim na dłużej coby oddać chwilę ciszy nieznanemu wojakowi (lub wojakom) którzy zginęli w tych lasach.
     Takiego typu małe odkrycia lubię najbardziej. Miejsca nieoznaczone na żadnej mapie, takie które mają własną historię, którą da się odczytać tylko z zamazanej inskrypcji na kamieniu, bądź z innego typu tabliczki. Zapomniane kapliczki w lesie, cmentarze wojenne, stare umocnienia. Tego wszystkiego w moich okolicach jest sporo. Wystarczy tylko wiedzieć, gdzie szukać.
      Od jutra trzeba będzie przestawić się z powrotem na tryb miejski. Pośpieszny, nudny, szary, pełen ludzi tryb studiów dziennych. Nie nadaję się do mieszkania w mieście, nie czuję się tu ani zbyt dobrze, ani swobodnie. Nie mam jednak za bardzo powodów do ciągłego narzekania, bo otaczają mnie świetni ludzie, a czas organizuję sobie i tak po swojemu. Tylko czasem jak stanę w oknie i widzę tylko bloki, ulice i bloki, to jakoś tak nieswojo się czuję, jakby czegoś tam brakowało. A może to czegoś we mnie wtedy brakuje? Takie skłonności do marudzenia ujawniają się we mnie najsilniej deszczową jesienią, gdy siedzę zbyt długo w jednym miejscu i nie za bardzo mam pomysł co ze sobą zrobić, wszak haeresis natus de torpore.

sobota, 3 listopada 2012

Ad maiorem Dei et humana gloriam.

     Na początku był chaos. Zawsze i wszędzie na początku jest chaos, kwestią czasu jest tylko to, kiedy ktoś przyjdzie i się nim zajmie. Zawsze jednak pozostaje nutka tego chaosu, która tylko czeka, by dać o sobie znać. Z chaosu narodził się mitologiczny świat, z chaosu powstają moje pomysły. Inaczej nie potrafiłbym nazwać tego, co siedzi mi w głowie. I tak, z chaosu powstaje nowy blog. Po (możliwe, że za długiej) przerwie, powracam z nowymi pomysłami, nowymi przemyśleniami i generalnie jakiś taki nowszy.
     Silva Rerum... dlaczego tak? Bo tak jak w staropolskich księgach domowych, będzie można znaleźć tu wszystko co mi akurat do łba wpadnie.
      No to może na początek  non nova, sed novae. Nazywam się Barabasz, pochodzę z małego miasteczka pod Krosnem. Studiuję psychologię w Lublinie, lubię te studia i studiując spełniam równocześnie swoje marzenie.  Nie lubię dużych miast i kocham Bieszczady, Beskidy, wszystkie górki, jeziora, lasy, pola, bagna i co tam tylko nie ruszone za bardzo ludzką ręką. Co za tym idzie jedną z moich pasji jest turystyka. Kolejną moja pasją jest broń. Broń wszelaka i z każdych czasów. Najbardziej interesuję się bronią białą z okresu od XV do XVIII wieku i bronią II WŚ. W związku z tym param się szermierką i odtwórstwem historycznym (XVII wiek). Moją wielką miłością jest też szeroko pojęta fantastyka. Gram na gitarze, dla przyjemności. Przy okazji śpiewam, ale to tylko dla własnej uciechy. Uwielbiam szanty, stąd zamiłowanie do gitary i śpiewania. Uwielbiam dobre herbaty i piwa.
     Jestem humanistą, ale to nie dlatego, że jestem słaby z matematyki, ale dlatego, że homo sum, humani nil a me alienum puto.  Uwielbiam literaturę, choć gardzę wierszem. Czasem samemu przydarzy mi się coś napisać. Niechybnie drogi czytelniku będziesz skazany wtedy na ujrzenie moich "dzieł" tutaj.
 
  Na początek wystarczy, teraz pora zabrać się do regularnego pisania.